Hubert Antkowiak: Małą legendą już zostałem

O karierze, życiu prywatnym, planach na przyszłość i oczywiście o ŁKS-ie. Zapraszamy na wywiad z Hubertem Antkowiakiem, piłkarzem, bez którego trudno wyobrazić sobie grę biało-czerwonych.

Witaj Hubert! Na początek wielkie gratulacje tytułu obecnie najskuteczniejszego strzelca III lig w Polsce. Kolejny już raz udowadniasz, że jesteś napastnikiem gwarantującym gole i oby tak było dalej, bo przed ŁKS-em trudna runda wiosenna, a cel pozostaje niezmienny – walczymy o awans.

Hubert Antkowiak: Dziękuję za miłe słowa. Dokładnie tak. Cel pozostaje niezmienny. Jesteśmy na trzecim miejscu i trochę do lidera tracimy. Nie ma już miejsca na potknięcia.

Może zacznijmy od samego początku. Jak to się stało, że zacząłeś kopać piłkę?

– Pochodzę z małej miejscowości. W domu się nie przelewało. W czasach szkoły podstawowej bardzo dużo czasu spędzałem na boisku z kolegami. Czasem nawet sam kopałem piłkę. Jeden ze starszych chłopaków jeździł na treningi Jaroty Jarocin i zapytał mnie czy też chciałbym spróbować. Pojechałem z nim i jego mamą i tak to się zaczęło. Finalnie większość kolegów z czasem przestała trenować, ja jednak byłem uparty. Inna sprawa, że gdyby trener nie zwolnił mnie z płacenia składek, też pewnie przestałbym trenować.

Analizując Twoją karierę nasuwa się stwierdzenie, że jesteś napastnikiem skrojonym pod III ligę. Gdziekolwiek nie grałeś na tym poziomie rozgrywek, zawsze strzelałeś mnóstwo goli. Każda próba w lidze wyżej kończyła się jednak niepowodzeniem. Idzie to wytłumaczyć?

– Szanse na zaistnienie w II lidze miałem i pluję sobie w brodę, że ich nie wykorzystałem. Po tym jak strzeliłem 19. goli w Jarocie Jarocin, zostałem kupiony przez Miedź Legnica i natychmiast wypożyczony do II-ligowej Warty Poznań. Tam dostałem szansę, tyle, że nie strzelałem goli. Jeśli ktoś jest wypożyczany i się nie sprawdza, to nikt na takiego zawodnika długofalowo nie patrzy. W związku z tym byłem znowu wypożyczany. W II-ligowym MKS-ie Kluczbork strzeliłem tylko kilka bramek, dopiero na trzecioligowym wypożyczeniu do KKS 1925 Kalisz „strzelba” się odblokowała i gole wpadały.

A pierwszoligowa przygoda w Miedzi Legnica?

– Tutaj trudno mówić o szansie, bo jej nie dostałem, więc nie miałem czego wykorzystać. W kilku meczach wchodziłem z ławki na końcowe minuty. Później przytrafiła się kontuzja i nie grałem kilka miesięcy. Miałem zwapniałego krwiaka na łydce i konieczne było jego operacyjne usunięcie. Sam zabieg nie był skomplikowany, ale odbudowa mięśnia wymagała sporo czasu. Po rehabilitacji wróciłem, ale już do grających w III lidze rezerw. Niedługo potem rozwiązałem kontrakt z Miedzią.

Było jeszcze wypożyczenie do Resovi, z którą po barażach wywalczyłeś awans do I ligi.

– Tak. Awans był w planach i niewątpliwie jako drużyna sukces sportowy osiągnęliśmy. Mi co prawda brakowało goli, ale miałem w nim swój udział. Myślę, że akurat w Rzeszowie zostałem zapamiętany jako solidny zawodnik.

Przyszedłeś do ŁKS-u z Podhala Nowy Targ, gdzie w każdym sezonie strzelałeś gole na zawołanie i Twoja pozycja w klubie była bardzo silna. Co skłoniło Cię do zmiany? Przecież Łomża to drugi koniec Polski, a do tego ŁKS po rundzie jesiennej był III-ligowym „słabeuszem”.

– Ogólnie sytuacja z przyjściem do Łomży była bardzo burzliwa. Byłem wolnym zawodnikiem. Miałem propozycję z II ligi, na którą byłem zdecydowany. Rozpocząłem już nawet treningi z nową drużyną. Do Łomży przyszedł wtedy trener Marcin Płuska. Dzwonił do mnie non stop. Dzwonił też ówczesny wiceprezes Adrian Gołaszewski. Miałem minimum 10 telefonów dziennie w tej sprawie i prawdziwy kocioł w głowie. Żona się ze mnie śmiała, bo był to okres przedświąteczny, a ja cały czas chodziłem z telefonem w ręku. Szczerze mówiąc, patrząc na ilość zdobytych punktów (12) i tragiczną pozycję w tabeli, sam nigdy bym o grze w Łomży nie pomyślał. Finalnie jestem w ŁKS-ie głównie dzięki trenerowi Płusce.

Ale nie żałujesz tej decyzji?

– Nie, zupełnie nie. Fajnie wszystko wyszło. Strzeliłem dla ŁKS-u przeszło 50. goli, więc można powiedzieć, że taką małą legendą już zostałem, a to cieszy.

Dlaczego w Nowym Targu tak łatwo się Ciebie pozbyli?

– W piłce różnie to wychodzi. Po sezonie, w którym zostałem królem strzelców III ligi gr. 4 miałem opcje aby odejść z Podhala, ale klub zażądał za mnie bardzo dużych pieniędzy. Nie miałem w kontrakcie żadnych odstępnych kwot, więc klub mógł żądać ile chce. Zatem zostałem. W następnym sezonie klub chciał trochę zaoszczędzić i w listopadzie porozwiązywał kontrakty z piłkarzami.

Skoro jesteśmy przy Podhalu, to nosiłeś tam opaskę kapitańską. Nie było pomysłu, żebyś kapitanem był również w ŁKS-ie?

– W Podhalu zostałem kapitanem w bardzo trudnym okresie, po zimowej zmianie trenera. Mieliśmy mało punktów i celem było utrzymanie. To był dla mnie trudny czas, bo musiałem ciągnąć drużynę nie tylko na boisku, ale i w szatni. Finalnie się spełniłem, bo udało się wszystko zrealizować. W Łomży to trenerzy decydowali o tym kto będzie kapitanował. Najpierw Marcin Płuska, a później Marcin Sasal. Ja jestem w radzie drużyny jako drugi. Gdyby Adrian Olszewski nie mógł zagrać, pewnie to ja ubrałbym opaskę kapitana. Tak zresztą było w pucharowym meczu ze Śniadowem. Inna sprawa, że nie trzeba opaski do liderowania na boisku.

Wróćmy jeszcze do trenera Marcina Płuski. Macie ze sobą kontakt?

 – Tak. Mamy systematyczny kontakt. Co jakiś czas dzwonimy do siebie. Nie codziennie, nie co tydzień, ale rozmawiamy jak wygląda sytuacja i co słychać.

Czy po rozstaniu z ŁKS-em i odejściu trenera do Stali Stalowa Wola, był telefon w stylu „Hubert może byś pomógł”?

– Było coś na rzeczy. Trenera nie ma już jednak w Stali.

Ale rozumiem, że Wasze drogi jeszcze się kiedyś zejdą?

(Śmiech) Niewykluczone. Zależy w jakim klubie będzie pracował trener Płuska.

Pamiętasz może jakiś szalony mecz w swojej karierze i czemu to będzie spotkanie Raduni Stężyca z Elaną Toruń?

– Pamiętam. Przegrywaliśmy do 90 minuty 0:3, a skończyło się remisem. Piłkarz Raduni dostał czerwoną kartkę. Ja strzeliłem gola z rzutu karnego na 1:3, choć musiałem dobijać bo bramkarz najpierw obronił. Później po chwili 2:3 i w ostatniej minucie doliczonego czasu znów rzut karny dla nas.

Dokładnie tak. Ty jednak tej kluczowej „jedenastki” nie strzelałeś. Zabrakło pewności siebie?

– Byliśmy wtedy wyznaczeni we dwójkę – ja i Łukasz Furtak. Gdybym tego pierwszego karnego strzelił bezproblemowo, to pewnie bym podchodził i do tego drugiego. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że pracowałem nad tym w głowie i ta pewność siebie u mnie nie powinna już spadać. Ważne jest podejście i spokój. Kiedy nie wykorzystam jednej, czy drugiej sytuacji, przyjdzie kolejna, którą zamienię na gola.

Gdybyś miał wskazać jeden najsłabszy moment swojej dotychczasowej kariery?

– Warta Poznań. W ostatniej chwili, tuż przed ligą zostałem tam wypożyczony. Oczekiwania wobec mnie były duże. Dotychczas grałem w Jarocinie, w swoim otoczeniu, strzelałem dużo goli. Miałem wtedy 19 lat i pierwszy raz wyprowadziłem się z domu do dużego miasta. Początek miałem dobry, bo w pierwszych spotkaniach asystowałem przy golach, ale później z każdym meczem bez bramki ciśnienie rosło. Nie potrafiłem sobie tego poukładać w głowie. Teraz jestem mądrzejszy i postąpiłbym zupełnie inaczej, ale niestety doświadczenie przychodzi z wiekiem.

Byłeś na testach w klubach z wyższych lig, choćby w Pogoni Siedlce. Przybliżysz kibicom jak to wygląda?

– Jeśli piłkarz jedzie na testy, musi sam o siebie zadbać, żeby „sprzedać” swoje umiejętności. Trzeba się bardzo wyróżniać, a to jest trudne. Wchodzi się do nowego otoczenia, chce się dużo zrobić, a najczęściej jest tak, że jak się bardzo chce to nie wychodzi. Jeśli piłkarz jedzie na testy to ktoś musi go choć trochę tam chcieć, w innym wypadku szansa na angaż jest niewielka. Jeśli ktoś przyjeżdża żeby się pokazać, z założeniem, że może akurat się uda, to moim zdaniem nic to nie da i nie ma większego sensu.

Przed sezonem Hubertem Antkowiakiem interesowała się Legia Warszawa. To prawda?

– Tak, to prawda.

Zdradzisz coś więcej na ten temat?

– To w miarę świeży temat, bo pojawił się w letnim okienku transferowym. Wpłynęła dość atrakcyjna oferta, którą klub odrzucił. Było trochę szumu, ale nie chciałem tego nagłaśniać. Postanowiłem skupić się na pracy, dla dobra drużyny. Chciałem być w porządku, bo przecież mamy jasny cel awansu do II ligi i to się nie zmienia.

Przed sezonem z Łomży odeszło wielu zawodników. Z różnych powodów wypadło w trakcie tej rundy kilku piłkarzy. Pojawili się wychowankowie, ale braki kadrowe były odczuwalne. Jak Ty to widzisz?

– Jak zaczynaliśmy sezon wyglądało to solidnie. Mamy w kadrze uniwersalnych zawodników, jak np. Bartek Olszewski, który może zagrać na wielu pozycjach, bez straty na jakości. Niestety w trakcie sezonu pojawiły się kontuzje i kartki. Walczymy o II ligę, więc naturalnym wydaje się konieczność rywalizacji o miejsce w składzie. Szansę dostawali wychowankowie. Oczywiście nie chcę w niczym umniejszać młodym chłopakom, bo dla nich to dopiero pierwszy sezon w seniorskiej piłce i takie wejście do drużyny z marszu jest trudne. Gramy pod dużą presją. Ja też na boisku jestem zupełnie inny niż poza nim i czasem krzyknę. Ci młodzi trochę bury ode mnie dostają, ale jeśli mamy wygrywać to tak musi być.

Czyli wzmocnienia przed rundą wiosenną są Twoim zdaniem konieczne?

– Jeśli mamy awansować, a mamy, to wzmocnienia są potrzebne. Nie ma już miejsca na pomyłki. Musimy wygrywać, bo Legia trochę uciekła.

Całkiem niedawno, będąc już piłkarzem ŁKS-u, zmieniłeś stan cywilny. Coś się zmieniło?

– Nic się nie zmieniło. Żona nadal nie pozwala mi kupić konsoli, której nigdy nie miałem. Chciałbym sobie pograć, tak dla zabawy. A zupełnie serio, to z małżonką mamy bardzo długi staż. Mieszkała ze mną już wtedy jak wypożyczano mnie do Warty Poznań. Przeprowadzaliśmy się razem do innego miasta już kilka razy. Żona pracuje zdalnie, więc nie jest to problemem. Ślub braliśmy w Wielkopolsce. Całe przygotowania to był bardzo gorący czas, bo wszystko załatwialiśmy zdalnie z Łomży. Organizacja wszystkiego na odległość jest trudna i męcząca.

Porozmawiajmy trochę o piłkarskich umiejętnościach. Co jest najmocniejszą stroną Huberta Antkowiaka?

– Wydaje mi się, że moją najmocniejszą stroną jest korzystanie z fizyczności, umiejętność ruchu w polu karnym i ustawiania się. Jestem napastnikiem, który utrzyma się przy piłce, zgra i wbiegnie w pole karne. Tam potrafię się przepchnąć, wygrać pozycję i dobrze uderzyć głową.

Zdradzisz swój słaby punkt?

– Niektórym wydaje się, że jestem zawodnikiem słabym technicznie. Zupełnie się z tym nie zgadzam, bo wiem jak to wygląda na treningach. Czasem w meczu, jak mam wokół siebie kilku rywali to trudno jest utrzymać piłkę i zdarzają się straty. Tak naprawdę nad wszystkim muszę pracować. Nad fizycznością również, dlatego bardzo dużo ćwiczę na siłowni.

Masz uprawnienia trenerskie UEFA B, które umożliwiają prowadzenie drużyn seniorskich do IV ligi oraz zespołów młodzieżowych w każdej kategorii wiekowej. Czy to znak, że po zakończeniu kariery zawodniczej zamierzasz spróbować sił w trenerce?

– Na razie skupiam się na karierze zawodniczej, ale za jakiś czas widzę siebie w tej roli. Czuję, że potrafię przekazać wiedzę i gdyby kiedyś nadarzyła się okazja na bycie asystentem, albo poprowadzenie jakiejś drużyny samemu, to czemu nie. Obecnie jestem asystentem rocznika 2013 w Młodzieżowym ŁKS-ie, gdzie staram się tym chłopakom pomagać. Co do samego egzaminu to zdawałem go w Zakopanem i mam pozytywne wspomnienia. Była to bardziej rozmowa o piłce, aspektach taktycznych i schematach. Pytano mnie jakim modelem chciałbym grać i jak ja to widzę. Sam kurs bardzo fajny, dobrzy trenerzy, dużo przydatnej wiedzy.

Za ŁKS-em trudna runda jesienna. Były spektakularne zwycięstwa, był też mały dołek formy. Który mecz uważasz za najtrudniejszy?

– Pod względem taktycznym bardzo trudno grało się z Wigrami Suwałki. Rywal dobrze przeanalizował naszą grę, zarówno drużynowo jak i indywidualnie. Mieliśmy problem z przedostaniem się pod ich pole karne. Świetnie zamykali środek. To wszystko powodowało, że był kłopot ze stwarzaniem okazji bramkowych.

A najlepszy?

– Było ich kilka. Wskazałbym mecze, w których mimo tego, że przegrywaliśmy, potrafiliśmy w drugiej połowie odwrócić ich losy. W szatni czasem ciężko jest się podnieść, a my byliśmy w tych meczach nakręceni i wiedzieliśmy, że jesteśmy w stanie wygrać mimo niekorzystnych wyników. Tak było np. z Widzewem II Łódź. Przegrywaliśmy 1:2 do przerwy i w szatni długo panowała cisza, dopiero tuż przed wyjściem na drugą połowę przeprowadziliśmy motywacyjną rozmowę. Na boisku było widać, że to co zostało powiedziane każdy wziął mocno do siebie. Jeśli jednak mam wskazać jeden mecz, to było to spotkanie z Legią II Warszawa. Zagraliśmy tam bardzo dobrze, mimo tego, że tylko zremisowaliśmy (0:0). Nie mieliśmy wielu sytuacji, ale 2-3 były klarowne. Z przebiegu gry zasługiwaliśmy tam na zwycięstwo. Szkoda, że nic nie wpadło.

Przychodziłeś do Łomży za Marcina Płuski. Później opiekunem biało-czerwonych został jego asystent Grzegorz Białek. Od tego sezonu stery trenerskie w ŁKS-ie trzyma Marcin Sasal. Pokusisz się o porównanie tych osób?

– Z trenerami Płuską i Białkiem w pierwszej kolejności pracowaliśmy nad defensywą. Poświęcaliśmy temu bardzo dużo czasu i widzieliśmy efekty. Zwłaszcza obrona pola karnego była bardzo mocna i piłka rzadko kiedy się tam przedostawała. Oczywiście schematy ofensywne też mieliśmy, ale defensywa była priorytetem. Za trenera Sasala nie chcemy bronić pola karnego. Mamy wychodzić wysoko i starać się odbierać piłkę jak najwyżej, żeby szybko móc stworzyć sytuację bramkową i to też przynosi efekty. Trener Sasal preferuje dokładną grę „po ziemi”, z kolei duet Płuska-Białek wyznawał zasadę, że jeśli zawodnik jest dobrze ustawiony to trzeba mu dostarczyć piłkę, choćby jednym długim podaniem.  

Porozmawiajmy trochę o szatni ŁKS-u. Kto rozwesela towarzystwo, a kto jest od motywacyjnych przemów?

– Naszą wesołą duszą jest zdecydowanie Filip Karmański. To zresztą mój dobry przyjaciel. Graliśmy razem w trzech klubach. Konkretnie w Olimpii Grudziądz, Podhalu Nowy Targ i teraz w ŁKS-ie Łomża. Jeśli chodzi o aspekt motywacyjny to jest nas kilku – Piotrek Witasik, Adrian Olszewski, Łukasz Kosakiewicz, czyli piłkarze o dużym doświadczeniu.

To pytanie w tego typu wywiadach musi się pojawić. Jest jakiś piłkarz którego podziwiasz lub na kim się wzorujesz?

– Harry Kane i Robert Lewandowski. Obserwowałem jak się poruszają. Kane często schodzi po piłkę i bierze się za rozgrywanie, odegra i dopiero wbiega w pole karne. Staram się grać podobnie. Mam nadzieję, że było to widać w tej rundzie. Nie tylko się zastawiałem, zasłaniałem piłkę albo czekałem w polu karnym na podanie, ale też brałem grę na siebie, wychodziłem do środka boiska i starałem się rozegrać. Takie odrywanie się od obrońców powoduje to, że napastnik przestaje być schematyczny. Jeśli wachlarz jego zachowań jest szeroki, rywale nie wiedzą co akurat zrobi w danej akcji. Staram się taki być.

Pewnie wychodzisz czasem na miasto. Jesteś w Łomży rozpoznawalny?

– Tak, jestem. Ludzie zaczepiają mnie na mieście, dobrze życzą i gratulują. Miałem kilka ciekawych sytuacji. Raz wspólnie z żoną kupowaliśmy telefon w jednym ze sklepów i mnie rozpoznano. Czułem, że zostałem wtedy potraktowany jako ktoś wyjątkowy. Była też sytuacja trochę krępująca. Kupowałem ubrania i akurat stałem w przymierzalni. Zorientowałem się, że ktoś mnie obserwuje i pokazuje palcem, mówiąc partnerce „Patrz to jest Antkowiak”. Wszystkie te sytuacje są bardzo miłe.

Czy jako piłkarz chciałbyś jeszcze zaistnieć gdzieś w wyższej lidze? Czujesz się na siłach?

– Chciałbym i mam takie ambicje, żeby jeszcze to zrobić. Czuje się bardzo dobrze fizycznie i mentalnie. Uważam, że jestem teraz w najlepszym wieku żeby podołać takiemu wyzwaniu. Rozegrałem w tej rundzie komplet meczów w pełnym wymiarze czasowym. Nie opuściłem żadnego treningu i zdrowotnie na nic nie narzekałem.

Nie samą piłką człowiek żyje. Nadchodzi czas urlopu. Jak będziesz odpoczywał?

– Wybieramy się z żoną na zaległą podróż poślubną na Zanzibar. Ja najlepiej odpoczywam nic nie robiąc. W planach jest leżakowanie z dobrą książką. Lubię czytać kryminały. Podczas urlopu będzie to „Dziewczyna z pociągu”.

W takim razie na koniec zapytam się o przyszłość. Twój kontrakt z ŁKS-em Łomża kończy się w czerwcu 2026 roku. Rozważysz jego przedłużenie?

– W piłce wszystko się może wydarzyć. Na ten moment najważniejsze żebyśmy zrealizowali cel i awansowali do II ligi. Później będę się zastanawiał, ale oczywiście rozważam taką opcję.

Hubert, serdeczne podziękowania za rozmowę. W imieniu swoim i wszystkich kibiców ŁKS-u Łomża życzę dużo zdrowia, żeby kontuzje omijały Cię szerokim łukiem. Oczywiście udanego urlopu i Wesołych Świąt.

– Dziękuję. Ja również Wszystkim życzę zdrowych, pogodnych Świąt. Widzimy się wiosną przy Z18. Trzymajcie za nas kciuki. Walczymy o awans!

Rozmawiał Dominik Polesiński.

Dodaj komentarz

×