„Łomżyński Klub Sportowy to część mojego życia”

W barwach Łomżyńskiego Klubu Sportowego rozegrał około 500 spotkań stając się tym samym jednym z tych zawodników, których kibice biało-czerwonych wspominają ze szczególną życzliwością. Jeden z nas. Łomżyniak z krwi i kości. Wychował się na tych samych ulicach, które przemierzamy dziś podsumowując blisko stuletnią historię Łomżyńskiego Klubu Sportowego. Od zawsze z dwójką na plecach. Od zawsze dumny z zakładania biało-czerwonej koszulki. Adam Kamiński.
Stulecie Łomżyńskiego Klubu Sportowego to również Twoja historia w biało-czerwonych barwach. Jak się czujesz będąc częścią tej opowieści?
AK: Łomżyński Klub Sportowy to cześć mojego życia i ogrom wspomnień, które na zawsze, do końca mojego życia, pozostaną w moim sercu. Zdaje sobie sprawę z tego, że jestem częścią opowieści pod tytułem ŁKS Łomża. Będąc małym chłopcem, oglądając mecze w telewizji na czarno-białym ekranie wpatrując się w polskich bohaterów „Orłów Górskiego” mogłem tylko marzyc, by choć trochę im dorównać. Wychowywałem się na łomżyńskim blokowisku. W latach 70-80 wolny czas spędzało się poza domem. Dziś jest to nie do pomyślenia. Myślę, że to w takich chłopakach jak ja i moi koledzy kształtował się wówczas charakter, pasja i chęć by mieszkając w choćby w Łomży stać się cząstką tego miasta. Biegając po osiedlowych boiskach moje nogi pewnego dnia zaprowadziły mnie na łomżyński stadion. Kto by się wtedy spodziewał, że po wielu latach okaże się, że jestem tą osoba, która rozegrała dla mojego ukochanego klubu ponad 500 spotkań. Napawa mnie to dumą, że biało-czerwone barwy i Klub, który reprezentowałem stały się cząstką mnie samego.

Mecze na Z18, ale również na wyjazdach, pozwoliły Ci zbudować szczególne relacje z kibicami łomżyńskiej drużyny. Jak kibice zareagowali na Twoje odejście z ŁKS-u?
Od początku przygody z piłką, gdy po raz pierwszy miałem okazje założyć koszulkę ŁKS-u, kibice, którzy zjawiali się na stadionie stanowili esencje tego, co stanowi DNA Klubu. Biegając po zielonej murawie czułem za każdym razem ichwsparcie – bez względu czy mecze odbywały się w Łomży czy poza nią, a także zarówno gdy wygrywaliśmy, a także musieliśmy przełknąć gorycz porażki. To budowało relacje z nimi i nie ukrywam, że czułem tę sympatię. Wiedziałemrównież jaką odpowiedzialność ciąży na mnie gdy reprezentowałem mój Klub. Wiedziałem, że zawsze muszę dać z siebie 100% moich umiejętności, zaangażowania oraz ambicji. Żeby nikt z kibiców nie poczuł się zlekceważony. Wyjeżdżając po latach czułem, że tu, na Z18, zostawiam kawałek siebie.
Łomżę opuszczałeś zimą 2006 roku, zaś już w maju, po zwycięstwie z Dolcanem Ząbki, Łomżyński Klub Sportowy świętował historyczny awans do przedsionka Ekstraklasy. Czy z perspektywy czasu nie myślisz, że mogłeś jednak poczekać chwilę z wyjazdem?
Sezon 2005/2006 to moment wielkiego sukcesu Klubu w postaci awansu do drugiej ligi. To również zmiana wizerunkowa związana z postrzeganiem ŁKS-u Browar Łomża. Odnieśliśmy największy sukces w całej stuletniej historii Klubu i jasne jest, że mogłem z nostalgią stwierdzić, że trzeba było zostać i sprawdzić się w zespołami z zaplecza Ekstraklasy. Dla spokoju mojego serca staram się jednak nie myśleć w tych kategoriach „co by było gdyby…”. Po prostu życie skierowało mnie w kompletnie odległe miejsce z perspektywy Łomży. Do gorącego Texasu, w którym mieszkam już dwadzieścia lat.
Co masz przed oczami myśląc o Łomżyńskim Klubie Sportowym?
To jest ciekawe pytanie… Co mam przed oczami myśląc o ŁKS-ie… Widzę się jako dziesięcioletni chłopak przemierzający łomżyńskie uliczki i wydeptujący każdego dnia, każdego roku, drogę prowadzącą na stadion. Z perspektywy czasu są to tysiące dni i z pewnością tysiące kilometrów. Mieszkałem do osiemnastego roku życia na osiedlu Bohaterów Monte Casino. Po tym czasie przeprowadziliśmy się z rodzicami na, jak wówczas sobie wyobrażałem na kompletny koniec miasta, Bawełnę. Wówczas ta droga stała się dłuższa, ale wtedy nie miało to już znaczenia, bo ŁKS w tym czasie był już moim drugim domem. Generalnie drużyna to specyficzna społeczność. Liczy około dwudziestu osób. Co roku ubywa i przybywa kilku zawodników. Ktoś szuka sobie innego klubu. Ktoś przychodzi, bo liczy że w tej grupie dostanie szansę, aby stać się lepszym piłkarzem.
Z mojej perspektywy, z ŁKS-em związałem się na długo. Zagrałem też, będąc z mojego punktu widzenia na banicji, w Sparcie Szepietowo, awansując do IV ligi, i w Olimpii Zambrów, zdobywając Puchar Polski na szczeblu województwa w finale pokonując mój ukochany ŁKS. Muszę przyznać, że przygoda z Klubem była długa, ale lepszej chyba nie mogłem sobie wymarzyć. Za trenera Targa, w wieku 23 lat, zostałem kapitanem zespołu. Czułem dumę wyprowadzając co tydzień zespół na mecz. Po pewnym czasie Klub przechodził problemy organizacyjne i finansowe. Mam to jak dziś przed oczami gdy wspólnie z Krzyśkiem Lendzioszkiem nakreśliliśmy plan w naszych marzeniach, by pomoc Klubowi. Wówczas zostałem już nie tylko piłkarzem. ale również dyrektorem Łomżyńskiego Klubu Sportowego. Wszyscy wierni kibice pamiętają te czasy. Fatalne boiska, stadion popadający w ruinę, baza hotelowa w tragicznym stanie. Postawiliśmy sobie za cel to zmienić. To wówczas narodził się początek drogi ŁKS-u Łomża do drugiej ligi. Droga na początku wydawała się być drogą donikąd, ale jeśli przejdzie się tę drogę 100, 1000 razy oraz wydepcze się odpowiednie trasy, to sprawi to, żemarzenia się spełniają. Dziś w Łomży mamy piękny stadion i wspaniale wspomnienia, a być może i przyszłość która dziś należy do tych, którzy tak jak ja biegają po boisku.
Blisko 500 meczów w biało-czerwonej koszulce. Które ze spotkań najbardziej zapadły Ci w pamięci?
Pięćset meczów i weź znajdź ten, który zapadł ci w pamięci… Ok. Wymienię trzy. Pierwszy mecz jaki pamiętam. Mam 11 lat. Gram jeszcze nie w ŁKS-ie, a w Bawełnie Łomża. Gram na pozycji napastnika i w pierwszym meczu, w totalnym debiucie, strzelam bramkę. Wygrywamy 3:1, a przeciwnikiem jest ŁKS Łomża. Kolejne wspomnienie to spotkanie zwieńczające moją przygodę z biało-czerwonymi. Wspaniała drużyna. Stadion pękający w szwach i mecz na zakończenie rundy jesiennej. Znalazłem informację, że podobno na tym meczu było około 4,5 tys. kibiców. Był to rekord frekwencji. Wygrana 4:2. W tabeli 40 punktów. 34:6 w bramkach. To było niesamowite i równocześnie napawało mnie dumą, bo w bloku obronnym grałem wówczas z kolegami w większości z Łomży. Zbyszek Kowalski, Paweł Galiński, Ja, Marcin Grabowski (Ostrołęka). Ta obrona w bramce z Kamilem Ulmanem dała sobie strzelić tylko sześć bramek w czternastu spotkaniach! Wszystkich spotkań było około 500, więc to kawał historii. Na koniec wspomnień meczowych chcę nawiązać do meczy w Wysokim Mazowieckiem. Mecz Mlekovita – ŁKS Łomża. Mecz z podtekstami. Trenerem Mlekovity był Tadeusz Gaszyński, do niedawna trener biało-czerwonych. Podobno rozpracował nas tak dobrze, że gospodarze byli pewni zwycięstwa. Zwłaszcza, że słabym ogniwem miałem być ja. Zagrałem pełne spotkanie w pierwszej połowie wykopując piłkę z pustej bramki. O tej interwencji trener Jerzy Engel jr mówił, że to wyćwiczony element naszej gry. Na dodatek koledzy po strzeleniu zwycięskiej bramki zrobili mi kołyskę, gdyż to był czas kiedy urodził się mój drugi syn Oliwier. Po meczu pojechałem do szpitala, aby wziąć na ręce mojego małego synka.

Trochę podsumowując przygodę z ŁKS-em, który jej moment był dla Ciebie najważniejszy?
Najważniejszy moment przygody z ŁKS-em to 25 lat poświęconych Klubowi. To te wszystkie momenty. Przelany pot na treningach. Porażki i zwycięstwa, a także chwile szczęścia i smutku, jakie w tym czasie mi towarzyszyły. W tym czasie urodziło się dwóch moich synów – Adrian i Oliwier. Obaj z większym niż ja talentem do tego, aby grać w piłkę. Obaj próbujący swoich sił w tym pięknym, ale cholernie ciężkim sporcie pełnym wyrzeczeń i wymagającym charakteru. Tak wiec przygoda z Klubem to chwila która u mnie trwała przeszło 25 lat.
Z perspektywy czasu, czy jest mecz w barwach Łomżyńskiego Klubu Sportowego, który chciałbyś rozegrać jeszcze raz?
Który mecz bym chciał rozegrać raz jeszcze? Mecz na pożegnanie z łomżyńskimi kibicami – żeby gdzieś tam z łezką w oku powiedzieć im „dziękuję” i, że jestem im wdzięczny za to gdy zawsze byli ze mną. Z Klubem.
Wchodząc do łomżyńskiej szatni, jak wspominasz relację i atmosferę panującą w ŁKS-ie Adama Kamińskiego?
Szatnia Adama Kamińskiego… Uff… To szatnia pełna przyjaciół. Pamiętam stare szatnie przy bocznym boisku. Pamiętam szatnie w budynku hotelowym i pamiętam szatnie na nowym stadionie gdzie mając 45 lat zagrałem rundę jesienna i mecz z Jagiellonią Białystok gdy ostatni raz biegałem po boisku w Łomży. Szatnia moich wspomnień to ludzie. Jest ich tak wielu, że gdybym miał ich wszystkich wymieniać, to ten wywiad miałby znacznie więcej stron. Każdy piłkarz zna zapach szatni inaczej pachnie wiosną, zimą, inaczej latem oraz jesienią. Jest jednak jedno, co je wszystkie łączy. To ludzie i pot, który wylewany na treningach i meczach, sprawia, że jest to specyficzne miejsce.

Czy masz kontakt z kolegami z boiska?
Mieszkając już przeszło dwadzieścia lat w USA kontakt z kolegami z drużyny jest, można powiedzieć, okazjonalny. Wiadomo: czasem wymienimy się życzeniami na urodziny, a także pogratulujemy sobie jakichś sukcesów: sportowych lub zwykłych ludzkich. Media społecznościowe dają na szczęście taka możliwość. Jeśli więc tylko mogę, to śledzę poczynania kolegów i cieszę się gdy widzę, że radzą sobie w życiu po tym gdy już niekoniecznie biegają za piłką.
Dziś zawodnicy są rozpoznawalni, zaczepiani również poza boiskiem. Jak to wyglądało w Twoich czasach? Doświadczałeś popularności poza stadionem?
Popularność w moich czasach … Ciekaw jestem czy ktoś sobie zdaje sprawę, że kiedyś nie było czegoś na wzór Tik Tok’a, Instagrama i innych mediów społecznościowych. Ba, nawet Internet był w początkach swojego panowania. Jednak gdy w poniedziałek, po meczu, szedłem ulicą Długą spotykałem znajomych, kibiców i nigdy nie było niepochlebnych czy wrogich komentarzy. Czułem, że byłem osobą znaną. Bycie łomżyniakiem i mieszkanie w naszym pięknym mieście zawsze było tym, czym mogę chwalić się do obecnie – mieszkając w kilkumilionowej aglomeracji.
Czy nadal czujesz się częścią biało-czerwonej społeczności? Jak oceniasz obecne zmagania łomżyńskiej drużyny?
Zawsze czuję się jej częścią. Nie tak dawno mój młodszy syn Oliwier, przyjeżdżając do Polski i do Łomży, trenował w zespole starając się poznać go od środka równocześnie wiedząc, że jego tata dołożył swoją cegiełkę do tego jak dziś wygląda ŁKS Łomża. Chciał choć trochę stać się częścią tej wyjątkowej społeczności.
Druga liga na stulecie. Twoim zdaniem jest to realne?
Piłkarz powinien dążyć do tego by każdy dzień, każdy mecz, każda runda w sezonie sprawiała, że staje się lepszym zawodnikiem i lepszym człowiekiem. Realizacja tych celów doprowadza nas do tego, aby spełniać nasze marzenia. Wiara we własne umiejętności i współpraca z drużyną i Klubem sprawiają, że możemy być skłonni do tego, by te marzenia urealnić. Jeśli zespół rozegra podobny sezon jak poprzedni i zrobi jeszcze ten jeden krok, którego zabrakło w poprzednim roku, to można być spokojnym, że awans będzie bardzo realny. Jednak wszystkie te rozważania zweryfikuje i tak na koniec boisko.
Dziś mieszkając w Stanach Zjednoczonych nie rozstałeś się na dobre z piłką. Czy po przyjeździe do USA nie brakowało Ci jednak tych emocji, zmagań, które dawały występy w Łomżyńskim Klubie Sportowym?
Pobyt z dala od kraju, od mojego rodzinnego domu, to jak już parę razy wspomniałem dwadzieścia lat. Lat, które sprawiły, że tu, w Texasie, jest mój dom. Gry w piłkę jednak się nie zapomniana. Nadal biegam za nią, a emocje z wiekiem są podobne. Oczywiście jak przystało na 54-letniego pana, powinny być raczej powściągliwe, ale z tym bywa rożnie. W każdym z nas w żyłach płynie jakaś ułańska fantazja, która odzywa się od czasu do czasu. Życie po piłce teżstanowi drogę pełną zmagań i emocji. Razem z żona doświadczamy tego każdego dnia. Życie w obcym kraju sprawiło, że staliśmy się ludźmi, którzy stają do walki z rożnymi wyzwaniami. Joanna ukończyła tu studia. Pracuje dla dużej teksańskiej firmy energetycznej. Młodszy syn studiuje finanse na Uniwersytecie w Texasie. Starszy syn mieszka w Polsce. Ma wspaniałą rodzinę. Jakiś czas temu urodziła im się córeczka. Ma na imię Nel. Pisząc te słowa za chwile na świat przyjdzie kolejny Kamiński. A ja dalej kopie piłkę.

Jak zmieniła się piłka nożna na przestrzeni lat?
Jeśli chodzi o zmiany w piłce jakie na przestrzeni lat mogłem zauważyć, to, że dziś to jest produkt medialny. Wystarczy, że piłkarz zmieni fryzurę i kupi nowy zegarek, a wszyscy już komentują jego zachowanie, wygląd. Kiedyś liczyło się to, co masz w sercu i co jesteś w stanie pokazać na boisku. Dziś piłka nożna jest jak wspomniałem: tworem, produktem, który trzeba jak najlepiej sprzedać. Piłkarze, takie jest moje zdanie, chyba nawet nie są czasem w stanie przeanalizować tego co źle robią na boisku. W piłce zmieniło się dużo, ale nie zmieniło się jedno: by grać trzeba biegać i strzelić zawsze o to jedną bramkę więcej niż przeciwnik.
A jak to wygląda w Stanach Zjednoczonych? Także z perspektywy Polski widzimy rosnące zainteresowanie tym sportem w USA.
Myślę, że jest podobnie jak w Polsce. Świetna oprawa meczów, kibice na trybunach. Brakuje jednak jakości. Świat cały czas ucieka, a Amerykanie starają się go doganiać. Gwiazdy, które tutaj grają często jednak skupiają się na medialnym rozgłosie. Szkolenie młodych zawodników często jest zależne od tego jaki gruby portfel maja rodzice. Podam przykład mojego syna, który 10 lat grał w FC Dallas. Za sezon musiałem płacić 3500 $. Do tego zakupić dwa komplety strojów meczowych, sprzęt treningowy. Klub dawał tylko nazwę. I tak co roku, bo po każdym sezonie zmieniano wygląd strojów meczowych. Tak wiec rodzic ponosi całkowity koszt utrzymania zawodnika i trenera, a treningi odbywają się dwa razy w tygodniu. Dodatkowo są zależne od pogody i gdy ona pokrzyżuje plany treningowe, to taka jednostka przepada bezpowrotnie. Ten kraj ma wielki potencjał i pewnie kiedyś będzie mógł konkurować z wielkimi tego piłkarskiego świata,ale na to trzeba jeszcze poczekać. Na pewno nie ma co czekać w kontekście zbliżających się mistrzostw świata. Tu u mnie w Dallas odbędzie się jak dobrze kojarzę aż 8 spotkań. Rok 2026 to święto piłki nożnej i zapraszamy do USA i do Dallas.

Łomżyński Klub Sportowy to…
Podsumowując to stuletnia tradycja, historia, życie ludzi tak wielu jak długa jest jego historia. Ktoś kiedyś 1926 roku wpadł na pomysł by się zebrać i zagrać mecz, a dziś, po 100 latach, ta idea nadal jest żywa. Co tydzień kopiemy się po nogach chcąc udowodnić swoim przeciwnikom kto jest lepszy. To jest coś, co może spotkać chłopaka najlepszego w życiu. Dostać od losu talent, robić to co się uwielbia, a jeśli ktoś przyjedzie i będzie chciał ciebie oglądać, oklaskiwać i stanie się to twoją pracą, to możesz bez wątpienia nazwać się szczęściarzem. Ja doświadczyłem tych rzeczy.
Wszystkim tym, których spotkałem na swojej drodze w życiu, które poświeciłem piłce, jestem wdzięczny. Mam do Was ogromny szacunek. To był wielki przywilej poznać Was wszystkich i zawsze moc podać wam dłoń gdy się witaliśmy czy tez żegnaliśmy. Obchodząc stuletnią rocznicę jestem pewien, że przywiązanie do biało-czerwonych barw było dla nas wszystkich ogromnym wyróżnieniem i honorem. Dziś inni piszą dalsze karty Łomżyńskiego Klubu Sportowego. Taka jest kolej rzeczy. Pozdrawiam wszystkich. Na zakończenie proszę też pamiętajmy o tych, których już wśród nas nie ma. Stuletnia rocznica ŁKS-u nas do tego zobowiązuje. Pozdrawiam wszystkich zawodników, działaczy, kibiców i sympatyków ŁKS Łomża. Adam Kamiński.
Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał: Sebastian Chrzanowski
One thought on “„Łomżyński Klub Sportowy to część mojego życia””
Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.
Bardzo fajna i ciekawa rozmowa! Adam to nie bójmy się powiedzieć legenda Naszego klubu.Fajnie było by, poczytać też wywiady z innymi byłymi zawodnikami którzy tworzyli historię klubu